Pracuję z ludźmi, którzy często „na zewnątrz radzą sobie dobrze", a w środku czują zmęczenie, napięcie albo zagubienie w relacjach.

To osoby, które funkcjonują. Realizują zadania. Są odpowiedzialne. Często słyszą od innych: „świetnie sobie radzisz", „ogarniasz wszystko".

A jednak, kiedy zaczynają mówić o sobie trochę głębiej, pojawia się coś zupełnie innego.

Z zewnątrz wszystko wygląda w porządku. W środku — często jest samotnie.

„Przecież nie mam powodów, żeby się tak czuć…"

To zdanie słyszę bardzo często. Bo wiele z tych osób ma „obiektywnie dobre życie". Pracę, rodzinę, stabilność. I właśnie dlatego jeszcze trudniej jest im uznać własne doświadczenie.

Pojawia się myśl: „Inni mają gorzej." „Nie powinnam tak się czuć." „To chyba ze mną coś jest nie tak."

A ja w takich momentach zatrzymuję się razem z nimi. Bo emocje nie działają według zasady „powinno / nie powinno". One są informacją.

Historia, która nie miała przestrzeni

W pracy terapeutycznej często okazuje się, że to „radzenie sobie" ma swoją historię. Pamiętam jedną z pacjentek — nazwijmy ją Marta. Bardzo sprawcza, konkretna, świetnie funkcjonująca zawodowo. Przyszła z poczuciem napięcia i trudnością w relacji — mówiła, że „ciągle coś ją drażni", ale nie rozumie dlaczego.

Na początku sesji opowiadała szybko, rzeczowo, jakby relacjonowała zadania z dnia. Długo nie pojawiały się emocje. Kiedy zaczęłyśmy się zatrzymywać — naprawdę zatrzymywać — pojawiło się coś innego.

Zdanie, które powiedziała półgłosem: „Ja chyba nigdy nie miałam przestrzeni, żeby być słaba."

To był moment zmiany. Nie spektakularny. Nie „przełomowy" w klasycznym sensie. Ale prawdziwy.

Cena bycia „tą, która daje radę"

Wiele osób, z którymi pracuję, bardzo wcześnie nauczyło się, że trzeba sobie radzić — być silnym, nie sprawiać problemów, ogarniać emocje samodzielnie, dostosowywać się. To często było adaptacyjne. Pomagało przetrwać, funkcjonować, utrzymać relacje.

Ale z czasem ta strategia zaczyna mieć swoją cenę:

Ciało mówi, kiedy słowa milczą

Często to ciało jako pierwsze sygnalizuje, że coś jest nie tak. Bóle głowy. Napięcia mięśniowe. Problemy ze snem. Zmęczenie, którego nie da się „odespać".

To nie są „tylko objawy". To język, którym organizm próbuje coś powiedzieć. W terapii uczymy się go słuchać.

„Nie chcę już tylko radzić sobie"

W pewnym momencie wiele osób dochodzi do miejsca, w którym mówi: „Ja nie chcę już tylko radzić sobie. Chcę czuć, że żyję naprawdę."

I to jest bardzo ważny moment. Bo nie chodzi o to, żeby przestać być sprawczym czy odpowiedzialnym. Chodzi o to, żeby to nie było jedyne dostępne doświadczenie siebie.

Co zaczyna się zmieniać?

Zmiana w takich procesach nie polega na tym, że ktoś „nagle przestaje się martwić". To bardziej subtelne, ale głębokie:

Jeśli to o Tobie

Jeśli masz poczucie, że „na zewnątrz wszystko działa", ale w środku coś nie daje spokoju — to nie jest coś, co trzeba ignorować. To jest coś, czemu warto się przyjrzeć.

Nie po to, żeby się „naprawić". Ale po to, żeby lepiej siebie zrozumieć.

Czasami pierwszy krok jest bardzo prosty. Zatrzymać się. Zauważyć. I pozwolić sobie powiedzieć:

„Może ja nie muszę już tylko radzić sobie."